|
|
 |
FILM "PAMIĘTNIK" - RECENZJA
|
|
Nawiązaliśmy współpracę z pewnym
redaktorem tak samo prowincjonalnym, jak nasze
poczynania teatralne. Ten erudyta wysokiej próby
(jak zwykł był o sobie mawiać) towarzyszy nam od
pewnego czasu w poczynaniach tfurczych, komentując
je i przekładając na język krytyki wyższego rzędu.
I chociaż nie zawsze go rozumiemy do końca, jednak
wierzymy w jego "nerw", zmysł wytrawnego krytyka.
Pamiętnik (pobierz zwiastun w formacie wmv - 1,6 mb)
|
|
|
Modernistyczny pic i fotomontaż (sik!)
A były w życiu ludzi filmy wielkie, które rodziły się razem z wielkimi idejami,
które wywodziły na światło dzienne osobliwości świata, które oglądało się i
przeżywało z pasją znawcy. Pamiętam, jak czarno-białe obrazy zapadały w pamięć
pokoleń przez prostotę przekazu oraz harmonię kompozycji. Widz się wzruszał,
ale też uczył. Chciał naśladować bohaterów, chciał sam coś w życiu kręcić.
Był cel, była misja.
Mission invisible trzeba by powiedzieć! Bo oto obejrzałem najnowszą produkcję
"Teatru U Przyjaciół" - film pod pretensjonalnym tytułem Pamiętnik. Zacznijmy
od tego, że to spory tupet - tak nazywać jednoznacznie, określeniem gatunkowym
twór, który się nijak nie chce żadnemu klasyfikowaniu poddać (ale, żeby było
jasne: nie o taką wielość idzie, jak np. w świetnych obyczajowych filmach
współczesnych klasy A nie mówiłam! czy Zawsze coś!, albo o politoniczną
intrygę mistrza Pasikonika).
Film, który obejrzałem, nie ma innego tematu ponad jazdę na koniu, a potem
szukanie tego konia, gdy zbiegł przestraszony grą na gitarze
(też się przeraziłem). Główny bohater z miną zblazowanego liberała snuje
się od knajpy do knajpy (pije dużo, więc sam nie widzi, że te miejsca są do
siebie bardzo podobne), szydzi z miejscowej biedoty i ugania się za (równie
jak on zepsutymi) obcymi żonami. Ponadto niewiele można zrozumieć, a to pewnie
dlatego, że autorzy filmu chcieli pokazać satyrę na dawne systemy feudalne i
rodzącą się modernistyczną manierę wśród rozpuszczonej i zdeprywowanej
inteligencji (na tym akurat się dość dobrze znam).
|
|
|
|
 |
|
|
Opowieść jest nudna,
przegadana i zdominowana przez przerysowany symbol konia (warto wspomnieć
o pożałowania godnym wpleceniu w fabułę postaci pędzącego Don Huana).
Zupełnie nie doceniono innych wspomnianych tylko wątków, jak choćby
tańca towarzyskiego (dziś na powrót docenionego przez kulturę) czy
magicznej kuli (czytelnej metafory ziemi). Inne występujące postaci
są mało barwne, złośliwie dobierane według jakiegoś upiornego
podobieństwa (może to miał być element wspomnianej satyry),
a jedyny moment, który jako-tako broni się plastycznie, to
cytowana słynna scena z Kalwina.
Nie sposób wymienić wszystkich niedociągnięć i niedoróbek, dlatego też
nie będę dalej przytaczał tej historii. Może jeszcze słowo krytyki
należy wysterować pod adresem muzyki, a właściwie żałosnych popisów
neurotycznych szarpidrutów. Nie ulega kwestii, że zaproszenie do
współpracy przy filmie kostiumowym jakiejś kapeli metalowej to
skrajny przykład dyletantyczności.
Jedyne, co udało mi się wynieść z zimnego miejskiego strychu, to
bronchit i przekonanie, że znów uczestniczyłem w wydarzeniu
sygnalizującym nowoczesny mix wartości - wizję tego, jak można
zmarnować życie w przekonaniu, że się coś wie, że się ma prawo
komentować inne klasy z poczuciem wyższości (bzdura). Tym
razem sygnał ów wychodził poprzez montaż kadrów o modernistycznym
szwendaniu się bez celu. A przecież opus coronat finisz.
Redaktor Sławomir Snop
znawca-krytyk
redaktor-snop@gazeta.pl
LINKI DO RECENZJI REDAKTORA SNOPA:
Ymakrape (Teatralne faax pas)
Pamiętnik (Modernistyczny pic i fotomontaż)
Appendix (Maniuś,Maniuś lavat!)
Teatroza (Kwik pro kwo rum)
Rekrutremy (Re-trup-brniemy)
|
|