|
KWIK PRO KWO RUM
Amatroszczyzna nie zna granic, a już granic poznania na pewno. Niegdyś zdarzało
się, że słabość wdarła się na deski teatrów, bo grypa czy inne świństwa się
przypętały. Obłęd jednak zawsze się brakiem widza dało z widowni wygonić, ład
przywrócić, harmonię z tramwaju do kultury za chachoł przyprowadzić.
To wszystko jednak przerosło moję koncypację ostatnią razą.
Poszedłem byłem oto wieczorem czwartkowym, nie do palmiarni, jak to mam w zwyczaju,
ale do pewnej instytucji parateatralnej, jak się okazało - na premierę.
To się w głowie absolutnie nie mieści, już nawet nie ze względu na bezguście,
ale ze względu na choćby zacną pamięć klasyków zwłaszcza.
Czytelnik z pewnością łaskawą refleksją ogarnia pisarza przecudnego imieniem
Wilhelm, który, jako leworęczny, prawym obywatelem będąc, pisywał sążniste
eposy wierszowane o problemach egzystencji ludzkiej. Było tam w dziełach
owych o Romanie i Judycie, o deszczu i wiatrach, o chamie i flecie
(w uroczym pamflecie), o... no sami wiecie... To, że amatorskie trupy bezczeszczą
literackie tkanki niezmurszanych przecie jeszcze tekstów kultury, to
codzienność, ale żeby z takim zacięciem?! Żeby kopytem tratować liter aturę?
Proszę sobie wyobrazić dwóch identycznych przebierańców, z których jeden łysy,
jeden rozczochrany, w dodatku w beretach, kucających i koniających (na przemiał)
po solidnie zakurzonych deskach zapuszczonego kamienicznego magazynu.
Proszę sobie wyobrazić zupę nawarzoną z odprysków przememłanej klasyki literackiej
wepchniętą na powrót w gęby nieznających litości dla żadnych autorytetów i tradycji
troglodytów. Proszę sobie wreszcie wyobrazić... porównanie śmierci do mamony
i to jeszcze bez żenady (no chyba, że mojej). To by była właśnie uwiertura do
tego steku bzdetów, który się moim przysypanym oczom ukazał i ujadał wew ten
czwartkowy przykry wieczór.
Słów brak, o teatrze już w ogóle nie warto wspominać, bo on zarżnięty został
jednym ciachem miecza, który przecież rycerską wzniosłą przeszyłość dzierży.
A jeszcze wóda do tego, bełkot i ciepanie książkami o wdzięcznych zagranicznych
tytułach. Szczyt czubka.
Miało być lekko, zabawnie ze schedą i kabaretowo... Po co dwie identyczne postaci,
po co pokaz ignorancji (nawet prostak wie, że tytuł arcydzieła brzmi nie:
W pohukiwaniu ze stuletniego lasu tylko W popluskiwaniu stężonego kwasu -
Pstruś się w piachu przewraca!), po co sarkazm przy garbatych?
Czas już najwyższy edukować społeczeństwo, że z pomyłek nie można wywieść sztuki
przez wielkie Y, że dworowanie sobie ze spuścizny jest czczym gadaniem i
niepotrzebnym odbieraniem ludziom wiary w teatr. Bo co to niby znaczy,
że wystawić można prawie wszystko?!
Do przo-du pa-trzę i widzę ciemność. Taka to sztuka.
red. Sławomir Snop - krytyk, autorytet
|